Wprowadzenie: dlaczego lata 90. dzielą Polaków
Zderzenie dwóch obrazów: złota dekada kontra czas biedy
Polska w latach 90. to jedna z najbardziej spolaryzowanych epok najnowszej historii. Dla części osób jest to czas euforii, wolności, pierwszych wyjazdów za granicę, kolorowych reklam i rodzącego się kapitalizmu. Inni pamiętają jednak głównie bezrobocie, zamykane zakłady, biedę na prowincji i poczucie chaosu. Te dwa obrazy są prawdziwe jednocześnie, bo transformacja ustrojowa w Polsce uderzała w różne grupy w zupełnie odmienny sposób.
Ten rozdźwięk nie jest czysto pokoleniowy. W jednej rodzinie mogli żyć obok siebie ktoś, kto w latach 90. „zrobił biznes”, i ktoś, kto stracił pracę w PGR-ze i przez dekadę nie mógł się odbić. Opowieści o „złotych latach 90.” często tworzą ludzie, którzy mieszkali w dużych miastach, mieli wykształcenie lub kapitał startowy. Opowieści o „czarnych latach 90.” najczęściej wychodzą z małych miejscowości i regionów, które przegrały w wyścigu o nowe inwestycje.
Trzy doświadczenia jednego przełomu: PRL-owcy, wchodzący w dorosłość i dzieci lat 90.
Transformacja ustrojowa w Polsce była przeżywana inaczej przez trzy główne grupy. Pokolenie wychowane w stabilnym, choć ubogim PRL-u, traktowało „pewność zatrudnienia” jako punkt odniesienia. Dla wielu osób urodzonych w latach 50. i 60. utrata pracy po 1989 r. była pierwszym doświadczeniem realnego ryzyka ekonomicznego. Nagle okazało się, że zakład, który istniał „od zawsze”, może zostać sprywatyzowany, zlikwidowany lub sprzedany zagranicznemu inwestorowi.
Pokolenie wchodzące w dorosłość na początku lat 90. (urodzeni w latach 70.) dostało sygnał: „wszystko jest możliwe, ale nikt ci niczego nie zagwarantuje”. To oni zakładali pierwsze firmy, wyjeżdżali do pracy na Zachód, handlowali na bazarach, budowali mały biznes. Dla nich narodziny polskiego kapitalizmu oznaczały ogromną szansę, ale też permanentny brak poczucia bezpieczeństwa.
Wreszcie dzieciństwo w latach 90. często pamiętane jest przez pryzmat kolorowych gum do żucia, pierwszych gier komputerowych, VHS-ów, kreskówek z Zachodu. Dzieci widziały „efekty specjalne” transformacji: reklamówki z zagranicznymi markami, supermarkety, nowe samochody. Znacznie rzadziej rozumiały, ile wysiłku i stresu kosztowało rodziców utrzymanie domowego budżetu w warunkach bezrobocia i brutalnej konkurencji.
Polska transformacja na tle regionu: co typowe, co wyjątkowe
Na tle innych krajów postkomunistycznych polska transformacja uchodzi za jedną z bardziej udanych, zwłaszcza w długiej perspektywie makroekonomicznej. Tempo wzrostu PKB, rozwój sektora prywatnego, integracja z Zachodem – te wskaźniki wypadają relatywnie dobrze. Jednocześnie wiele mechanizmów było wspólnych dla regionu: gwałtowna prywatyzacja, wzrost nierówności, erozja dotychczasowego modelu państwa opiekuńczego, pojawienie się masowego bezrobocia.
Wyjątkowość Polski polegała m.in. na skali społecznej legitymizacji zmian. „Solidarnościowy” mit lat 80. dawał reformom polityczne zaplecze, którego brakowało np. w Rumunii czy Bułgarii. Z drugiej strony, właśnie ta legitymizacja ułatwiała przepchnięcie rozwiązań, które w spokojniejszych warunkach byłyby szerzej dyskutowane. To dlatego terapia szokowa Balcerowicza czy masowa prywatyzacja do dziś budzą skrajne emocje.
Dlaczego proste oceny lat 90. wprowadzają w błąd
Demonizowanie lat 90. jako „zdrady narodowej” i idealizowanie ich jako „czasu, gdy wystarczyło chcieć” mają wspólną wadę: zasłaniają konkretne mechanizmy, które wtedy się ukształtowały i nadal działają. Źródła dzisiejszych nierówności regionalnych, pozycji wielkich korporacji, potęgi deweloperów czy różnic pokoleniowych w podejściu do państwa i rynku tkwią właśnie w logice tamtej transformacji.
Tło końca PRL: w jaki sposób upadał stary system
Gospodarka niedoboru i kryzys lat 80.
Żeby zrozumieć, dlaczego społeczeństwo zaakceptowało tak bolesne reformy gospodarcze, trzeba wrócić do rzeczywistości schyłkowego PRL-u. Lata 80. to czas chronicznych niedoborów. Puste półki, wielogodzinne kolejki, kartki na mięso, cukier, benzynę, reglamentacja niemal wszystkiego. Formalnie każdy miał pracę, ale realnie brakowało towarów, części zamiennych, mieszkań, a często i podstawowych artykułów spożywczych.
Ekonomiści określali to mianem „gospodarki niedoboru”. Produkcja była planowana odgórnie, fabryki pracowały, ale system dystrybucji i cen był tak zniekształcony, że towary nie trafiały tam, gdzie ich potrzebowano. Inflacja rosła, choć oficjalne statystyki długo tego nie pokazywały. Ludzie ratowali się prywatnymi kontaktami, handlem wymiennym, zakupami „spod lady”. Ten sposób funkcjonowania budował jednocześnie nieufność do państwa oraz nawyk omijania oficjalnych zasad.
Struktura społeczna PRL: stabilność z ukrytymi kosztami
Model społeczny PRL opierał się na kilku filarach: wielkich zakładach pracy (kombinaty, huty, kopalnie), państwowych gospodarstwach rolnych (PGR-y), rozbudowanej sieci instytucji publicznych oraz formalnej gwarancji zatrudnienia. „Pewność pracy” była realna – zwolnienie kogoś bez zapewnienia mu innego etatu było trudne, a bezrobocie oficjalnie „nie istniało”.
Ten system miał jednak ukryte koszty. Wiele miejsc pracy było fikcyjnych lub mało efektywnych. Niska wydajność oznaczała słabą jakość towarów i ograniczoną zdolność do konkurowania na rynkach zagranicznych. Rozbudowana opieka socjalna (wczasy pracownicze, żłobki zakładowe, mieszkania przy fabryce) uzależniała ludzi od konkretnego przedsiębiorstwa. Gdy po 1989 r. takie zakłady zaczęły upadać, ludzie tracili nie tylko pensję, ale też dostęp do całego pakietu usług, które wcześniej zapewniał „zakład-matka”.
Okrągły Stół i wybory 1989: co ustalono, czego nie przewidziano
Porozumienia Okrągłego Stołu z początku 1989 r. otworzyły drogę do częściowo wolnych wyborów w czerwcu tego samego roku. Uzgodniono ramy politycznej transformacji: legalizację „Solidarności”, podział mandatów w Sejmie, przywrócenie Senatu. Sprawy gospodarki były omawiane, ale nie w takim stopniu, jak polityczne kwestie ustrojowe. Świadomość skali zapaści ekonomicznej była nierówna – elity wiedziały dużo, zwykli ludzie znacznie mniej.
Mit „nagłego upadku komuny” upraszcza sytuację. W wielu obszarach zachowana została istotna ciągłość: ci sami dyrektorzy, ci sami urzędnicy, te same sieci powiązań. Zmieniały się ramy prawne, ale ludzie, którzy potrafili poruszać się w aparacie państwa, mieli ogromną przewagę startową. To jedna z kluczowych rzeczy, których nie przemyślano do końca: jak zmiana systemu gospodarczego zadziała w warunkach, gdzie informacja i wpływy są skoncentrowane w stosunkowo wąskich grupach.
Ciężar odziedziczony po PRL-u
Transformacja ustrojowa w Polsce nie startowała z „pustej kartki”. Dziedziczono gigantyczne zadłużenie zagraniczne, przestarzałą infrastrukturę, nierentowne zakłady oraz rozbudowany system socjalny, na który nie było realnych środków. Jednocześnie społeczeństwo miało za sobą dekady życia w systemie, który uczył minimalizowania odpowiedzialności indywidualnej („państwo da, państwo zapewni”) i jednocześnie wymuszał codzienne kombinowanie.
W takim kontekście wprowadzenie radykalnych reform rynkowych było niemal pewne. Spór nie dotyczy tego, czy zmiany były konieczne, ale tego, jak je przeprowadzono, kto zapłacił za nie najwyższą cenę i jakie mechanizmy ochronne można było wprowadzić, aby skutki dla najsłabszych były mniej brutalne.
Jeśli chcesz pójść krok dalej, pomocny może być też wpis: „Sprawa Gorgonowej” – proces stulecia i narodziny opinii publicznej.

Terapia szokowa i narodziny wolnego rynku: plan Balcerowicza bez haseł propagandowych
Założenia reform: co naprawdę oznaczała „terapia szokowa Balcerowicza”
Plan Balcerowicza to skrótowe określenie pakietu ustaw wprowadzonych na przełomie 1989 i 1990 roku, które miały przestawić gospodarkę z centralnego planowania na mechanizmy rynkowe. Główne elementy tych reform to:
- uwolnienie większości cen – odejście od sztywnego centralnego ustalania cen na rzecz rynku,
- stabilizacja waluty – wprowadzenie twardej polityki pieniężnej, ograniczenie dodruku pieniądza,
- otwarcie na import – zniesienie wielu barier celnych, ułatwienie zakupów zagranicznych towarów,
- zaostrzenie dyscypliny budżetowej – cięcia subsydiów dla nierentownych przedsiębiorstw,
- tworzenie warunków dla prywatnej przedsiębiorczości – prostsza rejestracja firm, zmiany w prawie dewizowym.
Celem było szybkie zduszenie hiperinflacji, odbudowa zaufania do złotówki oraz stworzenie warunków, w których sektor prywatny zacznie się rozwijać. Z perspektywy ekonomicznej logika była spójna: lepiej przeżyć krótki, bolesny szok niż ciągnąć „długą agonię” gospodarki niedoboru.
Pierwsze konsekwencje: skok cen i załamanie przemysłu
Uwolnienie cen oznaczało, że w krótkim czasie wiele towarów drastycznie podrożało. Pensje nie nadążały za zmianami, ludzie widzieli w sklepach towary, które wcześniej były niedostępne – ale często nie było ich na nie stać. Nominalnie wynagrodzenia rosły, realnie spadała siła nabywcza. Dla gospodarstw domowych, szczególnie tych z jedynym żywicielem rodziny, był to szok większy niż wszystkie wcześniejsze doświadczenia z inflacją w PRL.
Wielkie zakłady przemysłowe, które wcześniej funkcjonowały dzięki państwowym dotacjom i sztucznie zaniżonym cenom energii czy surowców, okazały się nagle skrajnie nierentowne. Odcięcie ich od kroplówki budżetowej doprowadziło do serii upadłości i restrukturyzacji. W miastach, gdzie życie koncentrowało się wokół jednego zakładu, w ciągu kilku lat runął cały model lokalnej gospodarki.
Otwarcie na import oznaczało natychmiastową konkurencję z zagranicznymi towarami, często lepszej jakości i w atrakcyjniejszych cenach, produkowanymi przez firmy z zupełnie inną skalą działania i dostępem do kapitału. Całe branże – np. przemysł lekki, część zakładów elektronicznych – przegrały ten wyścig już na starcie. Zatrudnieni w nich pracownicy przekonali się, że „wolny rynek” nie jest abstrakcją, tylko czymś, co potrafi w kilka lat zmieść z mapy całe dzielnice przemysłowe.
Jak wyglądał „szok” w portfelach zwykłych ludzi
Na poziomie codzienności terapia szokowa miała bardzo prosty wymiar: jeszcze wczoraj były kolejki i puste półki, a za kilka miesięcy sklepy zaczęły się zapełniać. Zniknęły kartki, mogliśmy kupić to, czego wcześniej nie było – o ile starczyło pieniędzy. Ten kontrast często budzi dziś nostalgię: pełne półki stały się symbolem „normalności”, nawet jeśli dostęp do tej normalności był bardzo nierówny.
W praktyce domowe budżety funkcjonowały na granicy wydolności. Typowy schemat z początku lat 90. wyglądał tak: jedna osoba w rodzinie traci pracę w państwowym zakładzie, druga dorabia w szarej strefie (budowa, handel, drobne usługi), dzieci dostają używane ubrania od krewnych, większe zakupy robi się „na giełdzie” lub bazarze, a nie w oficjalnym sklepie. W wielu domach pojawił się stały zwyczaj prowadzenia zeszytów wydatków – coś, co wcześniej robiła raczej księgowość zakładu niż gospodarstwo domowe.
Kiedy terapia szokowa nie działa jako uniwersalny przepis
Granice modelu „im szybciej, tym lepiej”
Przekonanie, że jedyną rozsądną drogą była jak najszybsza, maksymalnie radykalna zmiana, zdominowało debatę przełomu lat 80. i 90. Logika była prosta: przeciąganie reform groziło powrotem inflacji, rozpadem finansów publicznych i politycznym rewanżem sił dawnego systemu. Ten sposób myślenia miał swoje mocne strony – pozwolił uniknąć scenariusza „drugiej Jugosławii” czy latami ciągnącej się stagnacji jak na Kubie – ale nie był wolny od ślepych punktów.
Największym z nich było założenie, że społeczeństwo zniesie każdy koszt w zamian za „dogonienie Zachodu”. Nie przewidziano, że w warunkach demokracji ludzie rozliczają nie tylko cele długoterminowe, ale też własną sytuację tu i teraz. Gdy w jednym mieście w ciągu roku zamykają się trzy największe zakłady, a realne płace spadają, argumenty o „nieuniknionych kosztach transformacji” trafiają w pustkę. To wtedy rodzi się trwałe poczucie krzywdy, które wraca po latach w zupełnie innym sporze politycznym.
Model „im szybciej, tym lepiej” sprawdza się w gospodarkach, gdzie istnieje rozbudowana sieć bezpieczeństwa: silne samorządy, przekwalifikowanie finansowane z budżetu, rynek mieszkań na wynajem. W Polsce na początku lat 90. nie było niemal żadnego z tych elementów. Zamiast amortyzować wstrząs, puszczono go niemal „na żywca” – szczególnie w mniejszych miejscowościach i na terenach popegeerowskich.
Alternatywy, których prawie nie rozważano
Często pojawia się kontrargument: można było iść drogą bardziej stopniową, jak Czechy czy Słowenia. Problem w tym, że nawet tam „łagodniejsza transformacja” nie oznaczała braku ofiar, tylko ich inne rozłożenie w czasie i przestrzeni. Różnica polegała na większej roli państwa i samorządów w planowaniu procesu wygaszania nierentownych branż oraz w świadomym „pilnowaniu” prywatyzacji.
W Polsce dominowało przekonanie, że państwo jest złym właścicielem z definicji i im szybciej pozbędzie się majątku, tym lepiej. Mało kto poważnie rozważał modele mieszane: spółki pracownicze wspierane kredytem preferencyjnym, prywatyzację rozłożoną na etapy z twardymi wskaźnikami inwestycji, regionalne fundusze restrukturyzacyjne, które kupowałyby czas dla wybranych branż. W teorii takie pomysły się pojawiały, w praktyce przegrywały z narracją „rynek sam to załatwi”.
Tam, gdzie próbowano wariantów pośrednich, wyniki były różne. Spółki pracownicze w części przypadków stały się sposobem na uczciwą kontynuację działalności (np. w drobniejszym przemyśle czy usługach komunalnych). Zdarzało się jednak, że brak kapitału i know-how kończył się szybką wyprzedażą majątku i powrotem do scenariusza likwidacji. Nie ma więc prostego dowodu, że „łagodniejsza droga” automatycznie przyniosłaby mniej bólu – ale można dość jasno wskazać obszary, w których wsparcie państwa było minimalne nawet jak na warunki lat 90.
Prywatyzacja, uwłaszczenie i narodziny polskiej elity biznesu
Dlaczego prywatyzacja stała się symbolem nierówności
Prywatyzacja w polskiej wersji miała kilka oficjalnych celów: zwiększenie efektywności majątku narodowego, przyciągnięcie kapitału i technologii, ograniczenie wpływu polityki na gospodarkę. Na papierze brzmiało to rozsądnie. W praktyce proces szybko stał się jednym z głównych źródeł poczucia niesprawiedliwości. Zwykły pracownik widział przede wszystkim dwa zjawiska: utratę stabilnej pracy i pojawienie się „nowych bogaczy”, którzy często jeszcze parę lat wcześniej byli dyrektorami w tym samym zakładzie albo działaczami partyjnymi.
Kluczowy problem nie polegał na samym fakcie prywatyzacji, ale na asymetrii informacji i możliwości. Mały inwestor nie miał szans w konfrontacji z menedżerem, który przez lata zarządzał majątkiem przedsiębiorstwa, znał jego spółki córki, kontrahentów, realny stan maszyn. Jeśli do tego dochodziły powiązania polityczne, droga do przejęcia atrakcyjnych aktywów była stosunkowo prosta, choć niekoniecznie formalnie nielegalna. Stąd wzięło się pojęcie „uwłaszczenia nomenklatury” – nie zawsze precyzyjne, ale trafnie oddające intuicję, że część elit PRL płynnie przesiadła się do biznesu.
Metody prywatyzacji: między giełdą, inwestorem strategicznym a „dziką prywatyzacją”
Schematów prywatyzacyjnych było kilka, a ich funkcjonowanie różniło się znacząco.
- Prywatyzacja kapitałowa – przekształcenie przedsiębiorstwa państwowego w spółkę akcyjną i sprzedaż akcji (na giełdzie lub inwestorowi strategicznemu). To z tej ścieżki narodziła się później część „blue chipów” na warszawskiej giełdzie.
- Prywatyzacja bezpośrednia – sprzedaż majątku lub oddanie go w leasing pracowniczy, dzierżawę itp. Tu mieściły się zarówno uczciwe interesy, jak i „prywatyzacja za złotówkę”, gdy atrakcyjny majątek przechodził w ręce dotychczasowego kierownictwa po cenach rażąco niskich.
- Programy powszechnej prywatyzacji – np. Narodowe Fundusze Inwestycyjne, gdzie każdy obywatel otrzymał świadectwo udziałowe. W założeniu miało to zrównoważyć proces uwłaszczania elit, w praktyce rozproszenie własności sprawiło, że realna kontrola i tak trafiła do zarządzających funduszami.
Tam, gdzie pojawił się realny inwestor branżowy z Zachodu, często dochodziło do głębokiej restrukturyzacji: zwolnień, zamykania najmniej rentownych linii produkcyjnych, inwestycji w nowoczesne maszyny. Z perspektywy makroekonomicznej to był krok w stronę wyższej produktywności; z perspektywy lokalnej społeczności – likwidacja „naszego” zakładu i początek fali emigracji za pracą.
„Pierwszy milion trzeba ukraść”? Mity i praktyka wczesnego kapitalizmu
Zdanie przypisywane niekiedy jednemu z najbogatszych Polaków – „pierwszy milion trzeba ukraść” – stało się skrótem myślowym opisującym wczesną fazę polskiego kapitalizmu. Łatwo je odrzucić jako przesadę, trudniej zignorować mechanizmy, które sprawiały, że kapitał gromadził się głównie w rękach tych, którzy potrafili wykorzystać luki prawne i instytucjonalne.
Na początku lat 90. prawo gospodarcze dopiero się rodziło. Brakowało uregulowań dotyczących rynku kapitałowego, transakcji z podmiotami powiązanymi, ochrony mniejszościowych akcjonariuszy. W praktyce oznaczało to szerokie pole do arbitrażu: zakładanie spółek „krzaków”, wyprowadzanie majątku z przedsiębiorstw państwowych, tworzenie łańcuchów pośredników. Nie trzeba było łamać kodeksu karnego – wystarczyło działać szybciej niż ustawodawca i mieć dostęp do informacji.
Z drugiej strony, część najbardziej rozpoznawalnych dziś przedsiębiorców zbudowała swoje firmy na stosunkowo prostych pomysłach: imporcie brakujących towarów, organizacji dystrybucji, specjalizacji w niszy, którą państwo całkowicie ignorowało (np. logistyka, reklama, informatyka). To nie byli „geniusze biznesu” w hollywoodzkim stylu, raczej ludzie, którzy po prostu pierwsi zaryzykowali i nie bali się skalować działalności. Różnica między nimi a resztą polegała często na jednej decyzji: czy zostać przy budce z jeansami, czy spróbować zbudować ogólnopolską sieć.
Elita biznesu a reszta społeczeństwa: rozejście ścieżek
Wraz z prywatyzacją i narodzinami prywatnego biznesu zaczęły się rozchodzić ścieżki życiowe różnych grup. Część ludzi, szczególnie w większych miastach, miała szansę wejść w nowy sektor: bankowość, ubezpieczenia, usługi finansowe, marketing, zagraniczne korporacje. To tam rodziła się nowa klasa średnia i elita biznesowa. Równolegle całe regiony zostały zostawione samym sobie – z zamkniętymi PGR-ami, upadłymi fabrykami i symbolicznymi programami aktywizacji zawodowej.
Konsekwencje tego rozjazdu są widoczne do dziś. Dla mieszkańców dużych miast lata 90. to okres „szans i pierwszych zagranicznych wakacji”; dla ludzi z małych miejscowości – czas, gdy rodzice przestali mieć jakąkolwiek stabilność, a rodzeństwo wyjechało na Zachód na budowę lub do opieki nad osobami starszymi. Z tej perspektywy „narodziny wolnego rynku” i „uwłaszczenie elit” to dwa opisy tego samego procesu – różnica polega na miejscu, z którego się patrzy.
Żeby zrozumieć Polskę po 2000 roku – od boomu kredytów hipotecznych po spory o emerytury – trzeba wrócić do tamtego momentu, gdy stary system się rozpadł, a nowy był budowany trochę według podręczników, a trochę metodą prób i błędów. Historyczne teksty i analizy, jak te publikowane na KoronaMK, pokazują, że przełomy w polskiej historii rzadko są tak „czyste” i jednoznaczne, jak chce to widzieć polityczna propaganda.

Bezrobocie, bieda i szara strefa: ciemniejsza strona transformacji
Szok bezrobocia: od „każdy ma pracę” do rejestrów w urzędzie
Jednym z najbardziej brutalnych przejść lat 90. był zanik gwarancji zatrudnienia. W PRL etat – choć często fikcyjny – był czymś oczywistym. Po 1989 roku pojawiło się masowe, otwarcie mierzone bezrobocie. Dla części osób był to cios nie tylko finansowy, lecz także tożsamościowy: dotąd człowiek był „hutnikiem”, „górnikiem”, „pracownikiem PGR”, nagle stał się „bezrobotnym z zasiłkiem” albo w ogóle bez prawa do świadczeń.
Urzędy pracy nie były przygotowane na taką skalę zjawiska. System szkoleń i pośrednictwa raczkował, a oferta realnych miejsc pracy była często fikcją. Powszechnym doświadczeniem było stanie w kolejce po pieczątkę potwierdzającą „gotowość do pracy”, która w praktyce niczego nie gwarantowała. Dla wielu rodzin oznaczało to przejście na tryb przetrwania: wyprzedaż majątku, powrót do gospodarstwa dziadków, emigrację sezonową.
Bieda nowego typu: nie tylko brak pieniędzy, ale też utrata godności
Transformacyjna bieda różniła się od tej z czasów PRL. W latach 80. większość była mniej więcej równie uboga, choć różnice „pod stołem” były spore. Po 1989 roku kontrasty stały się widoczne gołym okiem: na jednej ulicy pojawiały się pierwsze nowe samochody, kolorowe reklamy i sklepy z zachodnim towarem, a kilka przecznic dalej ludzie zaczynali ogrzewać mieszkanie kuchenką gazową, bo nie było ich stać na węgiel.
Nowym zjawiskiem była też stygmatyzacja. Wcześniej „bida” była czymś wspólnym; po zmianie systemu ubóstwo zaczęto postrzegać jako „przegraną w wyścigu” albo dowód „niezaradności”. Narracja sukcesu, promowana w mediach, tworzyła tło, na którym osoby tracące pracę lub mające niskie kwalifikacje czuły się coraz bardziej zbędne. To doświadczenie często nie jest uwzględniane w statystykach gospodarczych, a miało ogromne znaczenie dla późniejszych nastrojów społecznych.
Szara strefa jako nieformalny system bezpieczeństwa
Jednocześnie ta sama szara strefa, którą oficjalne dokumenty traktowały jako „problem fiskalny”, pełniła w latach 90. funkcję nieformalnego systemu zabezpieczenia społecznego. Kto nie miał etatu, szukał zajęcia „na czarno”: remonty, handel, drobne usługi, chałupnictwo. Za niewystawianymi fakturami kryły się konkretne strategie przetrwania – od dorabiania do emerytury po utrzymywanie całej rodziny w okresie między jednym a drugim kontraktem za granicą.
Popularna rada tamtych czasów – „załóż firmę, weź sprawy w swoje ręce” – działała w dużych miastach i wśród ludzi z kapitałem startowym, choćby symbolicznym. Nie sprawdzała się tam, gdzie nie było klientów, a lokalny popyt ledwo wystarczał na utrzymanie istniejących sklepów spożywczych. W małych miasteczkach można było otworzyć zakład fryzjerski czy warsztat, ale trzecia kawiarnia na rynku nie miała prawa utrzymać się z pensji okolicznych mieszkańców. W efekcie wielu „mikroprzedsiębiorców” lądowało w półlegalnym szarej strefie, łącząc działalność z zasiłkami lub wsparciem rodziny.
Migracje zarobkowe: głosowanie nogami
Gdy lokalna gospodarka nie oferowała żadnych perspektyw, ludzie zaczynali „głosować nogami”. Najpierw była to migracja wewnętrzna – z miasteczek do dużych miast. Później, wraz z otwieraniem się granic i kolejnymi umowami o pracę sezonową, coraz częściej wybierano wyjazd za granicę: do Niemiec, Włoch, Hiszpanii, a z czasem do Wielkiej Brytanii i Irlandii.
Te wyjazdy miały podwójny efekt. Z jednej strony ratowały domowe budżety, umożliwiały remonty, zakup sprzętu RTV, spłatę długów. Z drugiej – utrwalały przekonanie, że „na miejscu się nie da” i że jedyną realną poduszką bezpieczeństwa jest zagraniczny zarobek. To ważne, bo podważało wiarę w sens uczestnictwa w krajowym rynku pracy i w obietnicę, że „wszystkim będzie się żyło lepiej” dzięki reformom.
Handel łóżkowy, bazary, pierwsze firmy: jak naprawdę rodził się kapitalizm
Sklepy istniejące tylko na papierze, czyli narodziny mikroprzedsiębiorczości
Handel z kufra, z łóżka, z korytarza: przestrzenie tymczasowe zamiast galerii handlowych
Określenie „handel łóżkowy” dobrze oddaje stan przejściowy między gospodarką niedoboru a światem galerii handlowych. Sklepy istniały „na papierze”, bo wymagały tego przepisy – działalność trzeba było zarejestrować, mieć jakiś adres, pieczątkę. Realny handel odbywał się jednak tam, gdzie był tłum i przepływ gotówki: na dworcach, korytarzach akademików, w szpitalach, na osiedlowych klatkach schodowych, w prywatnych mieszkaniach, gdzie łóżko było jednocześnie łóżkiem i ladą sprzedażową.
Formalnie rzecz biorąc, wiele takich punktów nie spełniało żadnych norm sanitarnych czy podatkowych. Praktycznie – zasilały one obieg towarów, zanim powstała sieć sklepów prywatnych. To była odpowiedź na konkretny problem: brak lokalu, wysokie czynsze komunalne, niepewność jutra. Osoba, która dziś zakłada sklep internetowy „z garażu”, działa w podobnej logice – ryzykuje w warunkach niepewności, zanim pojawi się stabilna struktura.
Oficjalna narracja preferowała obraz „nowoczesnego przedsiębiorcy” z kasą fiskalną i umową najmu. Równolegle funkcjonowała gospodarka tymczasowa, gdzie rozwój polegał na stopniowym „cywilizowaniu” biznesu: od sprzedaży z łóżka, przez skrzynki na chodniku, po budowany własnymi siłami kiosk lub pawilon na bazarze. Dla tysięcy osób to właśnie ta ścieżka była jedyną realistyczną drogą wejścia w kapitalizm.
Bazary jako pierwsze „centra handlowe” i szkoły kapitalizmu
Gdy dziś mówi się o handlu bazarowym, często pojawia się obraz „dzikiego Wschodu”: krzyczący handlarze, tania odzież, „chińszczyzna”. W latach 90. bazar był jednak czymś więcej niż miejscem zakupów. Pełnił funkcję lokalnego rynku pracy, punktu wymiany informacji i nieformalnej szkoły biznesu. W jednym rzędzie stali byli pracownicy PGR-ów, nauczyciele dorabiający w weekendy i pierwsi importerzy z Turcji czy Niemiec.
Bazar uczył kilku rzeczy, których nie dało się wtedy wyczytać z książek ekonomicznych: jak reaguje klient na cenę, co sprzedaje się tuż po wypłacie, a co przed świętami, jak negocjować z hurtownikiem, kiedy podnieść marżę, a kiedy lepiej „zejść z ceny”, by utrzymać ruch. Te doświadczenia były dla wielu ludzi substytutem studiów z marketingu czy zarządzania.
Popularna teza brzmiała: „Każdy może stanąć na bazarze i zarobić”. Działała, ale tylko w pierwszej fazie, gdy luka podażowa była ogromna, a konkurencja niewielka. Gdy na rynku pojawiało się pięciu sprzedawców tych samych jeansów, przewagę zyskiwał nie „każdy”, lecz ten, kto miał lepszy dostęp do towaru, tańszego dostawcę albo potrafił zaryzykować wyjazd po nową partię ubrań na drugi koniec Europy.
Równolegle bazary były buforem dla tych, którzy „nie załapali się” na etaty w nowoczesnej gospodarce. Dawały szansę utrzymania się bez konieczności migracji, ale cena bywała wysoka: praca po kilkanaście godzin na mrozie, brak zabezpieczeń socjalnych, niepewność co do jutra. Dla jednych był to trampolina do rozwoju hurtowni czy sklepu, dla innych – pułapka wiecznego „stania na straganie” aż do wyczerpania sił.
Walizki, Polonezy i busiki: nieformalna logistyka nowego handlu
Za każdym stołem na bazarze stał też konkretny łańcuch logistyczny. Zanim powstały sieci kurierskie i centra dystrybucyjne, towar woziło się „z ręki do ręki”. Walizki na kółkach, bagażniki Polonezów, przeładowane busiki – to była realna infrastruktura pierwszej generacji importerów i pośredników.
Nieformalna logistyka miała swoje reguły. Kto regularnie jeździł do Berlina czy Wiednia, szybko zauważał, że to nie sam wyjazd decyduje o zysku, lecz organizacja: z kim się jedzie, gdzie się śpi, jak się dzieli koszty paliwa, czy ma się „swojego” celnika, który nie utrudnia życia. Tego nie dało się skopiować prostym hasłem „pojadę i też zarobię” – konieczne były kontakty, reputacja i gotowość do ponoszenia ryzyka na granicy prawa.
Prosta rada „kup taniej, sprzedaj drożej” zawodziła u tych, którzy ignorowali ryzyka walutowe, zmiany przepisów celnych czy sezonowość popytu. Alternatywą dla nieustannego wożenia towaru stało się z czasem organizowanie sieci dalszych sprzedawców: zamiast samemu stawać na każdym lokalnym bazarze, bardziej opłacało się zostać hurtownikiem, który dostarcza towar innym. Na tym etapie kapitał wiedzy i kontaktów zaczynał liczyć się bardziej niż liczba przepracowanych godzin.
Kartony w mieszkaniach, domowe magazyny i pierwsze „biura”
Role mieszkania w transformacji rzadko się podkreśla. Tymczasem w blokowych M2 i M3 rodziły się nie tylko rodziny, lecz także pierwsze firmy. W jednym pokoju stały łóżka, w drugim – kartony z towarem, czasem sięgające sufitu. Kuchenny stół służył za biuro rachunkowe, magazyn i dział obsługi klienta.
Ten etap „domowego kapitalizmu” miał swoje plusy i minusy. Pozwalał ograniczać koszty stałe i testować pomysł biznesowy bez wiązania się kredytem czy długim najmem. Jednocześnie utrudniał oddzielenie życia prywatnego od zawodowego i narażał rodzinę na konsekwencje nieudanych transakcji – gdy nie wypalił import, w salonie zalegał towar, którego nikt nie chciał kupić.
Rada „zminimalizuj koszty na start” była sensowna dla kogoś, kto miał wsparcie domowników i minimum stabilnych dochodów w tle, choćby pensję jednego z małżonków. Dla samotnego rodzica czy osoby po zwolnieniach grupowych przeniesienie ryzyka biznesowego do mieszkania często oznaczało pełne uzależnienie bytu rodziny od kaprysów rynku. Alternatywą bywało łączenie domowego handlu z bezpieczniejszą pracą etatową – mniej spektakularną, ale stabilniejszą.
Pierwsze firmy usługowe: od „złotej rączki” do formalnych marek
Transformacja to nie tylko handel towarami. Równolegle powstawały firmy usługowe odpowiadające na nowe potrzeby: komputeryzacja, reklama, remonty mieszkań, prywatne gabinety medyczne, tłumaczenia, obsługa biurowa. Często zaczynało się od „przysługi dla znajomych”, która z czasem przeradzała się w działalność gospodarczą.
Jednym z mitów było przekonanie, że „dobra usługa sama się obroni”. W realiach lat 90. sama jakość nie gwarantowała przetrwania. Bez umiejętności wystawienia faktury, najprostszego marketingu (wizytówki, ogłoszenie w lokalnej gazecie, tabliczka na balkonie) i podstawowego zarządzania należnościami (ściąganie opóźnionych płatności) firma usługowa szybko traciła płynność. Z kolei praktyczne doświadczenie i dobre rekomendacje potrafiły zastąpić formalne wykształcenie, o ile ktoś potrafił konsekwentnie budować relacje z klientami.
Alternatywną drogą była półformalna działalność „na słowo”: remonty bez rachunku, korepetycje, naprawy samochodów na podwórku. Dla części osób był to stały styl życia, dla innych – etap przejściowy, zanim formalizacja biznesu stała się konieczna, aby obsługiwać większych klientów, np. firmy czy instytucje publiczne.
Biurokracja i fiskus: zderzenie inicjatywy z państwem w przebudowie
Państwo, które dopiero uczyło się obsługi gospodarki rynkowej, często nie nadążało za tym, co działo się „w terenie”. Przepisy zmieniały się szybko, interpretacje urzędów skarbowych były niejednolite, a większość przedsiębiorców nie miała dostępu do profesjonalnej obsługi prawnej. W efekcie to, co w jednym mieście uchodziło, w innym mogło skończyć się karą.
Popularna rada „prowadź firmę legalnie, a niczego nie musisz się bać” rozmijała się z praktyką. Zdarzało się, że urzędnik interpretował przepis w sposób odmienny niż kolega z sąsiedniego powiatu, co skutkowało niespodziewanymi zaległościami podatkowymi. Dla małej firmy mogło to oznaczać utratę płynności i koniec działalności. Z kolei całkowite ignorowanie prawa wiązało się z ryzykiem nagłej kontroli i wysokich sankcji.
Rozsądna alternatywa wykształciła się oddolnie: nie tyle pełna szara strefa, ile świadome ograniczanie skali do poziomu „bezpiecznego” oraz korzystanie z lokalnych księgowych, którzy śledzili przepisy i pomagali unikać największych pułapek. To właśnie w latach 90. ugruntowała się rola biur rachunkowych jako nieformalnych doradców biznesowych dla mikrofirm – często ważniejsza niż bank czy urząd.
Kultura kombinowania kontra budowanie zaufania
Lata 90. często kojarzą się z „kombinowaniem”: załatwianiem, omijaniem przepisów, korzystaniem z okazji. To była przedłużona logika PRL-owskiej gospodarki niedoboru, w której ważniejsze od oficjalnych procedur były znajomości i umiejętność poruszania się „między wierszami”. W realiach wczesnego kapitalizmu te nawyki dawały krótkoterminowe zyski, lecz na dłuższą metę komplikowały budowanie stabilnych relacji biznesowych.
Popularne było przekonanie, że „jeśli nie oszukasz, to ciebie oszukają”. W praktyce najlepiej na dłuższą metę wychodzili ci, którzy wbrew temu schematowi inwestowali w reputację: dotrzymywali terminów, płacili dostawcom, nie zmieniali zasad w trakcie gry. W małych społecznościach informacja o rzetelności rozchodziła się równie szybko jak wieść o nadużyciach. Zaufanie stało się nieformalnym kapitałem, którego nie dało się łatwo pomnożyć ani odzyskać po jego utracie.
Kombinowanie nie zniknęło, ale zaczęło podlegać selekcji. Tam, gdzie ludzie grali jednorazowo – np. w incydentalnych transakcjach na bazarze – opłacało się „ugrać swoje” i zniknąć. Tam, gdzie współpraca miała trwać latami – z hurtownikiem, podwykonawcą, partnerem zagranicznym – model krótkoterminowego zysku przegrywał z bardziej przewidywalnym stylem działania.
Media, reklama i nowy język sukcesu
Równolegle do realnych praktyk rodzącego się kapitalizmu powstawał jego obraz w mediach. Telewizja, kolorowe tygodniki i pierwsze kampanie reklamowe kreowały wizję szybkiego awansu: od „zwykłego Kowalskiego” do człowieka sukcesu z nowym samochodem, zachodnimi ubraniami i zagranicznymi wakacjami. Język przedsiębiorczości mieszał się z językiem konsumpcji – sukces mierzyło się tym, co dało się pokazać.
Stan wojenny i jego gospodarcze konsekwencje tylko pogłębiły zapaść. Opisy takie jak Stan wojenny jako kryzys gospodarczy – kartki, kolejki i szara strefa dobrze pokazują, że jeszcze przed 1989 rokiem Polacy zostali zepchnięci w szarą strefę jako narzędzie przetrwania. To doświadczenie miało ogromne znaczenie w latach 90.: wielu przyszłych „drobnych kapitalistów” nauczyło się handlu, organizacji i kombinowania właśnie w warunkach PRL-owskiego kryzysu.
Dla części odbiorców było to motywujące. Dla innych – szczególnie tych, którzy utknęli w kolejce w urzędzie pracy albo na straganie z niską marżą – ta narracja była po prostu obca. Rozdźwięk między telewizyjnymi reklamami a codziennością rodził cynizm i poczucie wykluczenia. „Wystarczy chcieć” brzmiało fałszywie w miejscach, gdzie zamknięto jedyny większy zakład i nikt nie zamierzał inwestować.
Z czasem ta kultura sukcesu zaczęła jednak wpływać także na aspiracje. Młodsze pokolenie, wchodzące na rynek pracy pod koniec lat 90., miało już inne punkty odniesienia niż ich rodzice. Dla nich handel łóżkowy czy bazar były „przejściowym chaosem”, nie punktem docelowym. Cel przesuwał się w stronę „normalności” rozumianej jako stała pensja w korporacji, kredyt na mieszkanie i zakupy w hipermarkecie, a nie targowanie się o cenę dżinsów na błotnistym placu.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Dlaczego lata 90. w Polsce budzą tak skrajne emocje?
Dla części osób były to lata euforii: wolne wybory, pierwsze biznesy, wyjazdy na Zachód, kolorowe towary w sklepach. Inni przeżyli ten sam okres jako czas bezrobocia, zamykanych zakładów, biedy i poczucia chaosu. Oba doświadczenia są prawdziwe, bo transformacja ustrojowa inaczej uderzyła w różne grupy społeczne i regiony.
Różnice nie przebiegają wyłącznie między pokoleniami. W jednej rodzinie mógł żyć obok siebie ktoś, kto wzbogacił się na handlu czy prywatyzacji, i ktoś, kto po likwidacji PGR-u wpadł w długotrwałą biedę. Dlatego proste etykietki „złote lata 90.” albo „czarne lata 90.” zaciemniają bardziej złożony obraz.
Jak różne pokolenia przeżywały transformację ustrojową po 1989 roku?
Pokolenie wychowane w PRL (urodzeni głównie w latach 50. i 60.) porównywało nową rzeczywistość do „pewnej pracy” w państwowym zakładzie. Dla wielu osób pierwsze zetknięcie z bezrobociem i realnym ryzykiem ekonomicznym było wstrząsem – zakład, który istniał „od zawsze”, nagle znikał z mapy.
Ludzie wchodzący w dorosłość na początku lat 90. (urodzeni w latach 70.) dostali sygnał: możesz wszystko, ale nikt ci nic nie obieca. Zakładali firmy, jeździli na saksy, handlowali na bazarach. To pokolenie często wspomina szanse, ale też życie w permanentnej niepewności. Dzieci lat 90. zapamiętały przede wszystkim wizualną warstwę zmian – gumy, kreskówki, supermarkety – znacznie mniej widząc kulisy finansowych zmagań rodziców.
Na czym polegała specyfika polskiej transformacji na tle innych krajów postkomunistycznych?
W skali makroekonomicznej Polska uchodzi za jednego z „wygranych” transformacji: stosunkowo szybki wzrost PKB, rozwój sektora prywatnego, późniejsza integracja z Zachodem. Jednocześnie wiele procesów było wspólnych dla regionu: szokowa prywatyzacja, wzrost nierówności, zanik starego systemu socjalnego, masowe bezrobocie.
Polską cechą szczególną była skala społecznej legitymizacji zmian dzięki doświadczeniu „Solidarności”. To dawało polityczne zaplecze reformom, ale jednocześnie ułatwiało przepychanie rozwiązań trudnych do zakwestionowania, jak terapia szokowa Balcerowicza. To, co w podręcznikach opisuje się jako sukces, w życiorysach konkretnych ludzi bywa opowieścią o wysokiej cenie zapłaconej za ten sukces.
Co to była „terapia szokowa” Balcerowicza i dlaczego tyle się o niej dyskutuje?
„Terapia szokowa” to pakiet szybkich reform gospodarczych z początku lat 90., mających w krótkim czasie zdusić inflację, uwolnić ceny, otworzyć gospodarkę na konkurencję i prywatną przedsiębiorczość. W efekcie zniknęły puste półki i kolejki, pojawiły się towary i sygnały cenowe, ale jednocześnie uderzyło w ludzi bezrobocie, bankructwa wielu zakładów i nagły wzrost nierówności.
Popularne hasło brzmi: „inaczej się nie dało”. Problem zaczyna się przy szczegółach: czy tempo było optymalne, jak chronić najsłabszych, kto zyskał dzięki wcześniejszemu dostępowi do informacji. Dyskusja o terapii szokowej nie dotyczy więc wyłącznie przeszłości – w tle jest pytanie, jak obecnie projektować reformy, aby nie powtarzać najbardziej brutalnych efektów tamtych decyzji.
Dlaczego proste oceny lat 90. jako „zdrady” albo „złotej dekady” są mylące?
Hasło „wystarczyło chcieć” ignoruje fakt, że punkt startu był skrajnie różny: inaczej zaczynał ktoś z dużego miasta, z mieszkaniem, kontaktami i wykształceniem, a inaczej pracownik PGR-u z likwidowanego miasteczka. Z drugiej strony narracja o „wielkiej zdradzie” potrafi pomijać realny kryzys końca PRL i to, że utrzymanie starego systemu było ekonomicznie nierealne.
Kluczowy jest nie sam werdykt „dobre” czy „złe” lata 90., lecz zrozumienie mechanizmów, które wtedy się ukształtowały i działają do dziś: podział kraju na regiony wygrane i przegrane, pozycja wielkich korporacji, rola deweloperów, różnice pokoleniowe w zaufaniu do państwa. Bez tego łatwo powtarzać te same błędy w nowych dekoracjach.
Jakie dziedzictwo PRL-u najbardziej wpłynęło na przebieg transformacji?
Transformacja nie startowała z „czystej kartki”. Z PRL-u odziedziczono m.in. ogromne zadłużenie zagraniczne, przestarzałe i mało konkurencyjne zakłady, zdegradowaną infrastrukturę oraz rozbudowany system socjalny, na który brakowało realnego finansowania. Na to nakładały się nawyki społeczne: z jednej strony oczekiwanie, że „państwo zapewni”, z drugiej – wyuczona w gospodarce niedoboru skłonność do obchodzenia oficjalnych zasad.
Do tego doszła ciągłość personalna: ci sami dyrektorzy, ci sami urzędnicy, te same sieci powiązań w aparacie państwa. Osoby z dostępem do informacji i wpływów miały przewagę na starcie wolnego rynku. To tłumaczy, dlaczego część elit PRL miękko wylądowała w realiach kapitalizmu, podczas gdy wielu zwykłych pracowników znalazło się na marginesie.
Co to była „gospodarka niedoboru” i jak wpłynęła na akceptację reform po 1989 roku?
„Gospodarka niedoboru” to określenie systemu, w którym formalnie wszyscy mają pracę, fabryki produkują, ale w sklepach brakuje towarów – od mięsa po części zamienne. Lata 80. w Polsce to właśnie puste półki, kartki, kolejki i inflacja, którą maskowały oficjalne statystyki. Normalnym sposobem przetrwania stawały się znajomości, „załatwianie” i zakupy spod lady.
Codzienne doświadczenie życia w takim systemie sprawiło, że społeczeństwo było gotowe zaakceptować bardzo bolesne reformy w zamian za perspektywę „normalności” w sklepach i stabilnej waluty. Cena nie była równomiernie rozłożona, ale punkt wyjścia – głęboki kryzys końca PRL – tłumaczy, skąd wzięła się tak duża zgoda na terapię szokową, mimo jej dramatycznych skutków dla wielu grup.
Najważniejsze wnioski
- Lata 90. w Polsce nie były ani „złotą dekadą”, ani wyłącznie „czasem biedy” – to okres równoczesnego awansu jednych grup (miasta, ludzie z kapitałem i wykształceniem) i dramatycznego tąpnięcia innych (prowincja, pracownicy PGR-ów i wielkich zakładów).
- Trzy pokolenia przeżywały transformację zupełnie inaczej: wychowani w PRL tracili iluzję życiowej stabilności, młodzi dorośli dostali świat bez gwarancji, lecz z szansą na szybki awans, a dzieci oglądały głównie kolorową „otoczkę” zmian, nie widząc ich kosztów.
- Polska transformacja była jednocześnie typowa dla regionu (szokowe reformy, prywatyzacja, bezrobocie, wzrost nierówności) i wyjątkowa dzięki silnej legitymizacji społecznej opartej na micie „Solidarności”, co ułatwiło wprowadzenie bardzo bolesnych rozwiązań.
- Proste oceny w stylu „wtedy wystarczyło chcieć” lub „to była zdrada narodowa” zaciemniają obraz – kluczowe jest zrozumienie mechanizmów, które wtedy powstały i nadal kształtują Polskę: nierówności regionalne, dominację wielkich korporacji czy specyficzny układ relacji państwo–rynek.
- Akceptacja społeczna dla ostrej terapii szokowej nie wzięła się znikąd; była reakcją na doświadczenie gospodarki niedoboru lat 80., gdzie formalna „pełna zatrudnialność” współistniała z pustymi półkami, reglamentacją towarów i koniecznością obchodzenia systemu.
Opracowano na podstawie
- Transformacja systemowa w Polsce. Instytut Pamięci Narodowej (2019) – Zarys przemian ustrojowych i społecznych po 1989 r.
- Polska 1989–2019. Historia polityczna. Wydawnictwo Naukowe PWN (2020) – Przemiany polityczne, Okrągły Stół, wybory 1989 r.
- Od gospodarki niedoboru do gospodarki rynkowej. Narodowy Bank Polski (2014) – Analiza kryzysu lat 80. i reform Balcerowicza
- Nierówności społeczne w Polsce po 1989 roku. Instytut Badań Strukturalnych (2015) – Skutki transformacji dla nierówności i rynku pracy







Bardzo interesujący artykuł, który rzucił światełko na stosunkowo mało omawiany temat transformacji ustrojowej w Polsce w latach 90. Cieszy mnie, że autor poruszył kwestię codzienności zwykłych ludzi w owym czasie, pokazując jak wiele zmian przyniosła nowa rzeczywistość. Jednakże, brakuje mi głębszego analizowania skutków tych zmian dla społeczeństwa, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Być może byłoby warto rozwinąć ten wątek, aby czytelnik mógł w pełni zrozumieć wpływ transformacji na życie Polaków. Pomimo tego, artykuł jest wciągający i daje do myślenia. Polecam go każdemu, kto interesuje się historią Polski i jej przemianami.
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.